Błąd
  • Wand contains no images `MagickWand-2'
Samotny rejs dookoła świata /2008-2009/
Wand contains no images `MagickWand-2'

Rejs dookoła swiata

 

Piraci i karaluchy - Maciej Drzewicki i Grzegorz Kubicki rozmawiają z Martą Sziłajtis-Obiegło, najmłodszą Polką, która samotnie opłynęła świat.

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

 

Marta jest najmłodszą Polką w historii, która sama opłynęła świat. Pierwszy patent żeglarski zdobyła w wieku 13 lat. Sześć lat później zdała egzamin kapitański. Zorganizowała i prowadziła kilkadziesiąt rejsów szkoleniowych i turystycznych. Była oficerem wachtowym na polskich żaglowcach Pogoria i Gedania. Od 27 kwietnia 2008 r. do 20 kwietnia 2009 r. na jachcie Mantra Ania samotnie opłynęła świat. Trasa rejsu prowadziła z Wenezueli przez Morze Karaibskie, Kanał Panamski, Pacyfik, północną Australię, Ocean Indyjski i południowy Atlantyk. Marta po drodze odwiedziła Panamę, wyspy Galapagos, Polinezję Francuską, wyspy Tonga, Vanuatu, Australię, Wyspy Kokosowe, Mauritius, Afrykę Południową, Wyspę św. Heleny i Brazylię. Łącznie przepłynęła ponad 25 tys. Mm.

 

Gazeta - 'Każde omdlenie to bilet w jedną stronę. Wypadasz za burtę i koniec. Ruszając w taką podróż, trzeba mieć świadomość, że na 50 procent się nie wróci. Testament był napisany, wszystko pozamykane, posprzątałam swoje sprawy' . Jak żeglarz może spać podczas rejsu dookoła świata, skoro płynie sam?

Marta - I to jest właśnie największy problem. Szybko zrozumiałam, że praktycznie nie ma kiedy spać. Zwłaszcza przez pierwsze dwie doby od opuszczenia portu i dwie ostatnie przed zawinięciem do mety kolejnego odcinka, bo w okolicach portów ruch na morzu jest największy.

Ale kolejne etapy trwają po kilka tygodni, więc jakoś spać trzeba.

Obserwujesz widnokrąg, czy nie ma czegoś na horyzoncie. Jeśli nie, musisz obliczyć tzw. prędkość zbliżania bezpiecznego. Zakładasz, że za widnokręgiem płynie coś, czego teraz nie widzisz, i porusza się z taką a taką prędkością. Znasz własną prędkość i obliczasz, kiedy możecie się zderzyć. Wychodzi jakieś 12-15 minut. I tyle masz czasu na drzemkę. Najlepiej jednak spać w nocy, bo światła nawigacyjne są wyżej. Czyli zobaczysz je z większej odległości, więc pospać możesz ciut dłużej. Drzemiesz, wychodzisz na pokład, przez parę minut musisz się przyzwyczaić do ciemności, rozglądasz się, wracasz spać. I tak w kółko. Wstajesz rano i... jesteś zmęczony jak pies. Po pewnym czasie nie możesz siebie poznać w lustrze. Nigdy nie myślałam, że można mieć tak podkrążone oczy.

Jak udaje ci się budzić co kwadrans? Nastawiasz budzik?

Wzięłam takie urządzenie, które odmierza czas przy gotowaniu jajek. Ale strasznie głośno tykało i nie mogłam zasnąć, więc dałam sobie spokój. Budziłam się sama. Kwestia przyzwyczajenia. Na morzu jesteś wyczulony na wszystko - dynamikę powietrza, rytm kołysania, na to, jak reagują żagle przy odpowiednich naprężeniach, na dźwięki. Wszystko ostrzega, że najwyższy czas na reakcję.

Twój najdłuższy sen?

Dwie i pół godziny.

A co z tą prędkością zbliżania bezpiecznego?

Miałam szczęście. To było w drodze na Galapagos. Wcześniej kilkanaście godzin spędziłam za sterem. Wiało, bryzgało, fale w poprzek. Siedziałam cała mokra na zimnym wietrze i przeziębiłam się solidnie. Miałam 41 stopni gorączki. Nie wiedziałam, co widzę, nie wiedziałam, czy stoję. Popłynęłam dalej... Wydawało mi się, że mam halucynacje, bo na środku wzburzonego morza widzę dryfującą szalupę z jakimiś ludźmi. Podpłynęłam do nich, zapytałam po hiszpańsku, czy im czegoś nie potrzeba - ropy albo jedzenia. Oni nie mieli prawa tam być!!! Tysiąc mil od brzegu w takiej szalupie? Nie mieliby najmniejszych szans. Coś tam mi odburknęli, porozglądali się, wymienili kilka zdań i odpłynęli. Dopiero po kilku dniach zrozumiałam, że to nie był sen w gorączce, ale spotkanie z najprawdziwszymi piratami. Na Galapagos rozmawiałam z załogą amerykańskiego jachtu, która mniej więcej w tym samym czasie i miejscu została ograbiona. Piraci tej części Pacyfiku mają taki system polowania na jachty: używają niepozornych szalup jak ta, którą spotkałam, a w pobliżu krąży statek-matka, gdzie w razie czego mogą się schronić. Ludzie podpływają do 'rozbitków', by zaoferować pomoc, a oni wchodzą na pokład i zabierają co bardziej wartościowe rzeczy - laptopy, kamery, pieniądze. Ci, którzy próbują się bronić, często lądują w wodzie.

Dlaczego ciebie oszczędzili?

Tam pływają luksusowe, wielkie jachty. Moja łódka wyglądała niepozornie. Widocznie uznali, że nic ciekawego nie znajdą. Dopiero Ekwadorczycy, z którymi o tym później rozmawiałam, uświadomili mi, że miałam mnóstwo, mnóstwo szczęścia - młode kobiety w tym rejonie są dobrym łupem, łatwym do odsprzedania. Widocznie 'moi piraci' byli nastawieni na sprzęt lub pieniądze. Żywy towar akurat ich nie interesował.

Jak w ogóle doszło do tego, że w wieku 22 lat dostałaś szansę, by popłynąć dookoła świata?

Wszystko dzięki panu Andrzejowi Armińskiemu, który kilka lat temu zaprojektował i zbudował dwa jachty. Obsadził je kobiecymi załogami i puścił w rejs dookoła globu. Każdym płynęły dwie dziewczyny. Ale rotacja w załogach była spora. Wiecie, jak to jest - za dużo kobiet na metr kwadratowy, to nie musi działać. Poza tym dziewczynom kończyły się urlopy, musiały wracać do domów, a ich miejsce zajmowały kolejne. Ktoś mu mnie polecił. Studiowałam wtedy turystykę i rekreację w poznańskiej AWF, nie pracowałam więcej, niż musiałam - robiłam rejsy dla firm, weekendowe, sylwestrowe. Wiedział, że jestem dobrym instruktorem i żeglarzem ze sporym już doświadczeniem. Popłynęłam na ostatnim etapie tamtego rejsu - z Brazylii na Karaiby i potem do Wenezueli. Kiedy kończyłam studia, pan Andrzej zaproponował mi kolejny rejs. Tą samą łódką.

Dlaczego dziewczyna, która właśnie skończyła studia, decyduje się na taki rejs?

Nie demonizujmy. Nie wypłynęłam po to, żeby sobie posiedzieć rok na wodzie. To były 184 dni na morzu i 174 postoje w portach. Wyszło mniej więcej pół na pół.

Potrzebowałaś samotności?

Skąd. Mam troje rodzeństwa, zawsze razem wyjeżdżaliśmy na wakacje. Nigdy nie zostawałam całkiem sama na dłużej - nie jestem typem eremity. Co więcej, zawsze miałam bardzo złe zdanie o samotnych żeglarzach. Jacyś dziwacy. Jaki jest ich problem? Że nikt nie chce z nimi pływać? Ja nigdy nie byłam sama na łódce, nigdy. Zawsze miałam na pokładzie ludzi, którymi zresztą kierowałam. Gdy trzeba było coś zrobić, po prostu... pracowałam palcem wskazującym. (śmiech)

No to po co w końcu popłynęłaś?

Bo to jest szansa w życiu. Znam ludzi, którzy szykowali się do takich rejsów latami, dużo poświęcili, kosztowało ich to sprzedaż domu, rozwód itd. A ja dostałam taką szansę na tacy. I tak bym kiedyś popłynęła. Rejs dookoła świata to spełnienie marzeń wszystkich rasowych żeglarzy. Do piekła idzie się nie za to, co się zrobiło, ale za to, na co zabrakło odwagi, chociaż była okazja.

Mama podobno schowała twój paszport na wieść o podróży.

Bo to nie brzmiało dobrze. Mama nie chciała tego rejsu. Półżartem powiedziała, że albo paszport mi schowa, albo nogę złamie. Ale pojechałabym i bez paszportu. Nie można mnie już było zatrzymać. 

A w trakcie rejsu miałaś chwile zwątpienia?

Nie, nigdy. Decyzja o wyjeździe była też decyzją o dokończeniu podróży. Cały rejs trzeba sobie wcześniej ułożyć w głowie. Przeanalizować możliwe konsekwencje. Wiadomo, że każde omdlenie to bilet w jedną stronę. Wypadasz za burtę i koniec.

Dlatego ruszając w taką podróż, trzeba mieć świadomość, że na 50 procent się nie wróci. Testament był napisany, wszystko pozamykane, posprzątałam swoje sprawy. 

W wieku 22 lat?

Macie jakąś obsesję tego wieku? Zresztą ja zawsze byłam za poważna na swój wiek. Poszłam do szkoły, gdy miałam pięć lat. Pierwszy kurs żeglarski zrobiłam jako 13-latka. Od 15. roku życia prowadziłam rejsy jako kapitan, który wszystkich rozstawia po kątach. Osiemnastkę miałam na drugim roku studiów.

Pierwsza myśl, gdy zobaczyłaś jacht, którym płynęłaś?

Ale to małe. To była najmniejsza łódka, jaką w życiu pływałam. Ma 8,5 metra długości, wcześniej pływałam 45-55-stopowymi jachtami i katamaranami z kilkunastoma osobami załogi. A tu takie maleństwo. 

Co jest na takiej łódce?

Wszystko.

Wanny nie ma.

Jest dookoła, więc nie ma problemu. Woda ma 30-35 stopni. Poza tym prysznic jest i na rufie, i w środku. Ale w środku bym nachlapała w łazience i musiałabym myć podłogę. A ten na rufie to prysznic z najlepszym widokiem na świecie. Ocean, słoneczko, pustka.

Co się robi podczas rejsu na jachcie? Już wiemy, że się nie śpi.

Generalnie cały czas dba się o łódkę. Żagle się tarły w jednym miejscu, więc co jakiś czas trzeba je było podszyć. Plastikowe bloki na słońcu pękały i trzeba było je wymieniać. Poza tym: sprawdzanie takielunku, żagli, olinowania, czy kotwica nie uderza o burtę, czy słona woda nie zbiera się w pobliżu kabli, czy światła działają, elektrolit jest w bateriach. To od dwóch do czterech godzin obchodu po pokładzie. Jak silnik pracował, to była dodatkowa praca. Paski, filtry, łożyska. 

W twoim blogu z wyprawy widzieliśmy zdjęcie, na którym na środku oceanu masz świeżo pomalowane paznokcie. Z nudy?

Chodziło o bezpieczeństwo. Czerwone paznokcie wyróżniają się na pokładzie. A chodziłam boso, bo wtedy mam lepszą przyczepność. Musiałam ciągle uważać, żeby w coś nie kopnąć - w okucie, kabestan, knagę. Pływając na różnych jednostkach, złamałam już chyba wszystkie palce - wystarczy, że mocniej kopniesz i już masz pęknięcie i w szpilkach później nie można chodzić. Odrobina luksusu poprawia też humor. Polecam malowanie paznokci podczas rejsów! Zwłaszcza paniom. (śmiech) 

A książkę można sobie poczytać?

Jasne. Zabrałam ze sobą może z 20 książek. Poza tym w portach dla żeglarzy oceanicznych działają wymienialnie. Zostawia się swoje książki już przeczytane, a bierze kolejne. Na okładce każdy wpisuje, jaką jednostką płynął, na jakiej trasie, kiedy. Powstają z tego niezwykłe i prawdziwe historie. 

Co czytałaś?

Z braku innych książek przedarłam się po raz pierwszy w życiu przez jedno kobiece czytadło, a z przyjemnością zawsze czytałam książki przygodowe i podróżnicze, np. o plantacji na południu Hiszpanii, przy okazji szlifując język. Wzięłam ze sobą sporo zalegających przy łóżku książek, jak: 'Śnieg', 'Świat według Clarksona', o zabytkach techniki, kurs fotografowania i oczywiście 'Znaczy kapitan' Borchardta.

Klasyka. Pewnie wcześniej czytałaś ją ze sto razy?

Nie, dwa albo trzy. W dzieciństwie mama mi czytała. Borchardt był znajomym mojego pradziadka kapitana Bronisława Hurki. Próbowałam też przyswoić sobie podstawy matematyki wyższej - znalazłam gdzieś taki podręcznik po angielsku.

Brzmi strasznie.

Matematyka to świetna sprawa i bardzo przydatna. Nazwisk nie pamiętam, numerów, adresów, dat - nic. A tu zawsze coś z czegoś wynika. Fascynująca logika.

Śpisz, sprawdzasz jacht, naprawiasz, czytasz...

Jem. Zabrałam liofilizowaną żywność. Korzystają z niej np. astronauci. W każdej paczce pełny posiłek - ziemniaczki, fasolka, schabik, jakaś suróweczka - ale zamrożony w -61 st. C i odwodniony. Staje się wtedy suchy jak czipsy. Porcje były zapakowane hermetycznie i opisane, tyle że nalepki szybko mi poschodziły i zawsze miałam obiad niespodziankę. Do wyboru - cztery dania. Kurczak ze szparagami, jakaś potrawka meksykańska z fasolą, filet z indyka, schabik w kaszy. Ale ile razy można jeść to samo? Przyprawiałam dania na każdy możliwy sposób - tabasco, imbirem, szafranem, ziołami. Jak już nie mogłam na to patrzeć, zaczęły się zupki chińskie - w portach można kupić takie pyszne rzeczy. Nie miałam lodówki, więc z przechowywaniem było kiepsko. W portach musiałam podjeść na zapas. Zabierałam głównie świeże owoce, warzywa. Jabłka, marchew, ziemniaki, cytryny mogły przetrwać nawet trzy tygodnie.

Skoro wokoło woda, to może by tak na ryby?

Po pół roku dojrzałam do łowienia ryb. Bo złowienie ryby to jest dopiero połowa problemu. Potem trzeba przecież coś z nią zrobić. A to już jest okropne. 

Zabicie?

No coś zrobić trzeba. Znajomi mówili, że można alkohol wlać w skrzela. Ale najpierw trzeba wcelować, a oceaniczne drapieżniki nie leżą grzecznie, czekając na swój koniec.

Sama też gotowałaś?

Gotowanie to sztuka i wolę ją pozostawić artystom. W dodatku cały czas kiwało. Kuchenka jest na zawiasach, wszystko lata. Normalnie już byłoby ciężko, a ja w dodatku przez długi czas miałam uszkodzoną rękę.

Co się stało?

To się wydarzyło w... porcie. Bo żeglarstwo jest przecież bezpieczne. (śmiech) W każdym porcie byłam atrakcją - kobieta, samotna, na małym jachcie płynąca przez ocean. Wypadek przytrafił się na Bora-Bora. Impreza powitalna skończyła się o szóstej rano. Przespałam potem może półtorej godziny i już porwano mnie na kajty, ścigacze i w końcu na narty wodne. Poczułam szarpnięcie i... następne, co zobaczyłam, to dyndający bezwładnie kciuk. Miałam zerwane więzadło i naderwane ścięgno, kość się przemieściła.


Opieka medyczna na Bora-Bora?

Brak. Nie ma ani rentgena, ani gipsu. Musiał wystarczyć opatrunek z dwóch klapek owiniętych bandażem.

Pływałaś z naderwanym kciukiem? Ale to musiało boleć.

Wiecie, ile paracetamolu można zjeść?

Ile?

Po cztery tabletki co sześć godzin. Ale jeśli pomagają, to tylko trochę. Nie mogłam spać. Bolało tak, że chodziłam po ścianach albo raczej burtach. Nie płakałam, łzy same leciały. Zajęli się mną dopiero po kilkunastu dniach w Australii. Leczenie - rekonstrukcja więzadła itd. - miało potrwać kilka miesięcy. Uznałam, że na razie lepiej to unieruchomić. Zrobiono mi odlew z plastiku, żeby nie obciążać stawu, chodziłam z tym przez kilka miesięcy. Ale gdy na pokładzie musiałam coś zrobić - rybę zabić czy w silniku pogrzebać - to trzeba było opatrunek zdejmować. I były nowe urazy. Dopiero w Polsce wyleczyłam rękę.

I płynąc we łzach, pomyślałaś choć raz: 'Na cholerę mi to'?

Nie. Myślałam: 'Ciekawe, co jeszcze da się wytrzymać'.

Najtrudniej było chyba przy przejściu Wild Coast, czyli na kilkusetmilowym odcinku wzdłuż wybrzeża Afryki Południowej bez żadnego portu czy miejsca schronienia. To było trzy i pół doby non stop na pokładzie. Niesamowite, jak organizm potrafi zatruć się zmęczeniem. Przy wschodnim wybrzeżu Afryki pogoda zmienia się w jednej chwili. Gdy tam byłam, zatonęło ponad 20 statków. W okolicy Przylądka Dobrej Nadziei prąd morski płynie z północy na południowy zachód, a wiatr czasem wieje dokładnie odwrotnie. Czeka się na okna pogodowe, kiedy nie ma w ogóle wiatru albo akurat jest korzystny. Jeśli wpadnie się w niekorzystny front, to z reguły wieje 10-12 stopni w skali Beauforta, fale sięgają 20 metrów. Dlatego statki tam toną - po prostu się łamią. Mnie dopadły na oko 10-metrowe fale. Nie wiecie, jak to jest, gdy przykrywają łódkę? Mój jacht ważył trzy tony, a metr sześcienny wody - tonę. 'Klepnięta' 10-metrową falą byłam przekonana, że woda zmiażdży łódkę. Do tego wiatr wiejący z prędkością 60 węzłów. Trzeba to samemu poczuć, żeby zrozumieć. Łeb urywa! W burzy szukasz miejsca osłoniętego od wiatru, np. przy przybrzeżnych skałach. Wiadomo, że ryzykujesz, bo są tam wypłycenia, ale wiatr powinien być mniejszy. Próbowałam schować się za cypel. Ale i tak pływałam tylko północ - południe, północ - południe, halsując najostrzej do wiatru, jak się dało, walcząc, żeby choć utrzymać pozycję, a nie się cofnąć. Puściło po 12 godzinach i w końcu dopłynęłam do Cape Town. A tam czekali już znajomi, więc po trzech dobach na morzu nie było wyjścia, trzeba to było uczcić.

Przed burzą był jeszcze inny trudny moment - gdy jacht osiadł na mieliźnie.

Nie zdążyłam dopłynąć na sylwestra do Port Elizabeth. Znalazłam?jednak bezpiecznie wyglądające kotwicowisko u ujścia rzeki. Idealne miejsce, żeby ponurkować, z niewielką rafą. Dopłynęłam tam wieczorem, dzień przed sylwestrem. Czekała już na mnie przyjaciółka, która specjalnie przyleciała z Polski. A w nocy... ściągnęło nas na mieliznę. Przybój był tak silny, że kotwica nie wytrzymała i łódka zaczęła się ocierać o piach. Wrażenie było mocne, bo balast jachtu zrobiony jest z ołowiu i przylaminowany do kadłuba; każde drżenie, nawet podczas płynięcia, jest słyszalne, a takie otarcie czy uderzenie to już ogromny hałas. Do końca swoich dni nie zapomnę tego dźwięku. Poza tym czułam się winna, że uszkodziłam jacht, bo źle zakotwiczyłam. Mogłam stać na dwóch kotwicach, trzech. Umowa żeglarza z łódką jest prosta - ja dbam o nią, a ona o mnie. I ja zawiodłam. Na szczęście nic strasznego się nie stało. Jacht trzeba było odholować kilkanaście mil do portu. Tam łódka została wyciągnięta na brzeg i dokładnie sprawdzona, a potem odmalowana - bo od tego piachu zeszła farba przeciwporostowa. Ze względu na holowanie powtórzyłam później cały ten odcinek. 

W portach spędziłaś łącznie prawie pół roku. Było jakieś miejsce, które chciałaś zobaczyć?

To jest właśnie problem ludzi, którzy myślą, że są podróżnikami. Jadą do Paryża i robią zdjęcie: ja i wieża Eiffla. A ja po prostu chciałam pobyć raczej wśród ludzi, poczuć, jak żyją, jakie mają problemy. Wiecie, że na wyspach Oceanii większość ludzi przez całe życie nie oddala się od domu na więcej niż kilka kilometrów? Hodują świnki, za które kupują żony, żyją, mnożą się i umierają. Nie umieją pisać, ale potrafią idealnie wyplatać kosze z liści palmowych. Z tych liści robią też maty, które noszą jako spódnice, śpią na nich, budują z nich ściany domów. Te maty to podstawa, żeby żyć. Pisanie to już coś ekstra, zresztą nie zawsze potrzebne, by przeżyć. W wielu miejscach, do których dopłynęłam, nie ma portu czy lotniska, to i turystów brakuje. Gdy przyjeżdża jakiś 'ludź', jest traktowany jak gość specjalny. Na kilku wyspach, gdzie nie było kina, na plaży stały telebimy i rzutniki. Gospodarze poprosili, bym wieczorami pokazywała zdjęcia z wyprawy. Dla wszystkich to było święto, bo sami rzadko podróżują. Z kolei na Mauritiusie miałam prelekcje w anglojęzycznych szkołach. Dzieciaczki były strasznie ciekawe świata. Tubylcy z reguły za punkt honoru brali sobie to, by pomóc mi we wszystkim, z czym się borykałam. Mam bardzo dobre wspomnienia np. z Vanuatu. Maszt się kiwał, potrzebowałam spawarki. W stolicy znalazłam sklep żelazny i chciałam tam spawarkę pożyczyć. Nie mogli uwierzyć, że sama potrafię spawać. Ale jak już zobaczyli, przyjęli mnie po królewsku. Zapewnili mi apartament z basenem, samochód, którym jeździłam na wycieczki. Wieczorami zapraszali, bym wtopiła się w ich życie, a było to bardzo miłe, bo niemal codziennie organizowali grille ze smażeniem kałamarnic, ślimaków, krewetek.

Taki dowód przyjaźni polsko-vanuetańskiej?

Właśnie. Zatrzymałam się tam trochę dłużej, niż planowałam, bo panowie z Vanuatu postanowili zmierzyć się z największym moim problemem - karaluchami. Przywiozłam je z Polinezji, gdzie oddałam ubrania do miejscowej pralni. Koszmar. Na początku latałam po pokładzie z kapciem, ale karalucha nie tak łatwo trafić. Miałam też specjalne pianki, ale na tym można się poślizgnąć i zrobić sobie krzywdę. Postanowiłam więc w końcu dać sobie spokój. Rozstawiałam tylko naczynia z wodą, bo one wtedy tam wpadają i się topią, zupełnie jak polskie turkucie podjadki. Na Vanuatu trzech panów pomogło mi wypakować wszystkie moje skarby, potem zamknęli jacht i walczyli z karaluchami bombami dymowymi. 

Wytruli?

Gdzie tam, dopłynęły ze mną do końca. Kiedy pakowałam się przed powrotem do Polski, każdą rzecz osobno trzepałam. Walizki leciały później kilkanaście godzin w nieogrzewanej ładowni. I wyobraźcie sobie, że karaluchy przyleciały ze mną... Zabiłam jeszcze kilka, jak wrzucałam rzeczy do pralki. Na szczęście w Polsce już się nie utrzymały. Tego bym nie przeżyła.

A jak samotną kobietę traktowali inni żeglarze?

Z sympatią. Wielu z podziwem. Niektórzy z niedowierzaniem: 'Kobieta i może?'. W portach często pytali, jak sobie radzę. Zwykle to mężczyźni pływający z rodzinami. Żona steruje tylko przez chwilę, żeby on mógł się godzinkę zdrzemnąć. Ona jest wtedy przerażona jak nigdy w życiu, a on po kilku dniach ledwo żyje ze zmęczenia. Ale to fantastyczne pary. Często emeryci, którzy potrafią się cieszyć swoją starością. Spotyka się zresztą różne egzotyczne typy. Np. profesora arabistyki z USA, który właśnie wyruszył w rejs z nową tajlandzką żoną. Życie na kotwicowisku to w ogóle temat na osobne opowiadanie. Jachty są jak mobilne domki. Nie odpowiada ci towarzystwo, przenosisz się w inne miejsce. Spotkasz kogoś miłego - wspólnie majsterkujecie, wymieniacie doświadczenia, opowiadacie o planach. Albo ja kogoś, albo ktoś mnie zapraszał na kolację. Zabierałam winko i podpływałam, żeby spędzić wieczór wśród ludzi. Takie spotkanie to szansa na usłyszenie niesamowitych historii. Żeglarze chętnie się nimi dzielą, bo to trochę jak wrzucanie kamieni do studni - nie mamy wspólnych znajomych, najprawdopodobniej nigdy więcej się nie spotkamy.

Dopadała cię samotność?

Zaskoczyło to nawet mnie samą, ale... nie! Najdłużej płynęłam z Galapagos do francuskiej Polinezji - cztery tygodnie. Nie robiłam odcinków krótszych niż dwutygodniowe. Ale nigdy nie odczuwałam samotności. Nie wiem, jak to wytłumaczyć. Widocznie dobrze mi ze sobą. Raz tylko pomyślałam, że przydałby się na pokładzie jakiś solidny kawaler - rybę by za mnie zabił. Z pływaniem jest trochę jak z wycieczkami po górach. Tam też na grani jesteś sam, a wieczorem, gdy schodzisz do schroniska, jest czas na rozmowy, śpiewy przy ognisku. Na morzu odcinki samotności tylko są dłuższe.

Miałaś kontakt z rodziną?

Pisałam maile do domu, żeby mama nie zwariowała z nerwów. Przesyłałam zdjęcia, żeby widzieli, jak wyglądam, ile utyłam. (śmiech) Korespondowałam też oczywiście z panem Andrzejem. Część tej korespondencji trafiała na moją stronę internetową. Po pewnym czasie miałam naprawdę duże grono kibiców. Generalnie myślałam, że Ziemia jest jednak trochę większa. A tu poszło raz-dwa. Nie chciałam jeszcze kończyć. 

Nie chciałaś wracać?

Rok zmienia człowieka. Mnóstwo przeżyłam, wiele widziałam. Nie tak łatwo później wrócić do starego świata. Nie wiedziałam, czy będę potrafiła żyć jak dawniej. Nikt tego nie wie. Zupełnie zmieniłam sposób patrzenia na świat.

Na morzu nabiera się dystansu do wszystkiego. Ludzie histeryzują, bo spóźnią się do pracy, szef na nich nawrzeszczy. Ja też miałam napięte terminy, pracę, studia. Nagle znalazłam się sama na środku oceanu. A tam w każdej chwili możesz zatonąć. Wtedy zaczynasz rozumieć, co to jest 'życiowy' problem. 

W końcu wróciłaś.

I na początku nie było ze mnie za wiele pożytku. Struny głosowe wytrzymywały kilkanaście minut rozmowy. Zresztą w ogóle nie chciało mi się rozmawiać. Odpowiadałam przeważnie tylko 'tak' lub 'nie'. Wracałam 'do żywych' powoli. Uczyłam się na nowo spać i tego, że podłoga się raczej nie kiwa. I że co dzień można mieć świeży chleb i dużo słodkiej wody. A nawet tego, że w lodówce bywa zimne piwo. Zaczęłam nowe studia, zorganizowałam też parę rejsów szkoleniowych. 

Wracasz myślami do rejsu?

Świat stał się dużo mniejszy, naocznie stwierdziłam, że jest pełen cudownej przyrody i sympatycznych, dobrych ludzi, którzy wcale nie muszą być bardzo nowocześni, żeby być szczęśliwi. Życie płynie dalej. Planuję nowy rejs, próbuję też zakotwiczyć gdzieś na lądzie - by móc uciekać, ale mieć jakąś rozsądną bazę w życiu. Dziś już wiem, że nie muszę wybierać. Możesz mieć wszystko. Musisz tylko jak najszybciej zacząć nad tym pracować.

{gallery}2008{/gallery}

 

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

 

.

 
means
means
means
means