Błąd
  • Wand contains no images `MagickWand-2'
Zimowa wyprawa jachtem do Murmańska /sezon 2010/
Wand contains no images `MagickWand-2'

Rejs do Murmańska

 

Rejs rozpoczął się 20 września 2010 roku. Wypłynęliśmy z La Rochelle i żegluga aż do Norwegii szła raczej gładko, natomiast jesienna żegluga przez norweskie fiordy dostarczyła już wielu przesłanek, by pozbyć się wrażenia, że będzie łatwo. Po kilku zamarzniętych i połamanych linach, zerwanym w silnym wietrze fale, popękanych od mrozu bloczkach oraz niechętnie pracującym ogrzewaniu nabraliśmy pewności, że to nie przelewki. Koło podbiegunowe dobrze broni swojej tajemnicy i dopuszcza jedynie tych najbardziej zmotywowanych. Zapału i ciekawości nie nam brakowało, więc płynęliśmy dalej.

Listopad zachwycił nas najpiękniejszym zjawiskiem, jakie dotąd, zgodnie przyznając, widzieliśmy - Zorzą Polarną. Aurora borealis to protony i elektrony w jonosferze, barwione przez wiatr słoneczny po wybuchu kolejnych plam na słońcu. Wzbudzane przez wiatr słoneczny atomy w rozrzedzonej atmosferze jonosfery powodują świecenie nieba w sposób całkowicie niezwykły. Ludy północy wierzyły kiedyś, że te zielone, białe i wrzosowe łuny to wędrujące dusze. Nie wolno było na nie patrzeć, choć przypuszczam, że jak my stali zahipnotyzowani fenomenem zjawiska. Łuny pojawiały się koło 21, czasem po północy. Ciemno było już po 14, jak to zimą w wysokich szerokościach. Zawsze, gdy pojawiały się zielonkawe rozbłyski wyskakiwaliśmy na pokład nawet w samych podkoszulkach, żeby jeszcze raz na nie popatrzeć. Wiele trudności sprawiało nam uchwycenie zorzy na zdjęciu. Długie czasy naświetlania nie sprawdzają się podczas żeglugi, a i sama zorza przemieszcza się i pulsuje. W kilku parach rękawic ciężko jest ustawiać parametry przysłony czy czas naświetlania, ale coś się udało. Czas około 8 sekund przyniósł najlepsze zdjęcia. Na wodzie zorze wydawały się bardziej nasycone, w wyraźniejszych kolorach. Podczas postoju w portach chowały się gdzieś za fiordami i bledły do biało-różowych kolorów.

Miejscowości na północy Norwegii wcale nie są duże i nie ma mowy o łunie bijącej od miasta. Kilkusetosobowe osady mają urok zbliżony do polskiej wsi. Kilka godzin po przybiciu do kei, gdziekolwiek nie weszliśmy witano nas pytaniem: „Czy to wy jesteście tymi z jachtu?”. Ludzie są spokojni i wbrew stereotypowi „smutnych Olafów” uśmiechnięci, niezwykle życzliwi. O dziwo jest tu sporo imigrantów, gdyż ze względu na dochodowy system dofinansowywania nie brak śmiałków chcących stawić czoło zimowym ciemnościom. Przyglądając się sklepowym wystawom można się bardzo szybko zorientować za czym tęsknią najbardziej. Połowa tutejszych wystaw to biura podróży proponujące wyjazdy na Wyspy Kanaryjskie czy Madagaskar, a druga połowa to solaria, akupunktura, antydepresyjne terapie aromatem, dobrym słowem czy ciepłą ręką. Tubylcy urozmaicają sobie też czas zabawą - przebierane imprezy, niebagatelne ilości alkoholu, czy tańce na stołach... to nie tylko domena wielkich miast.

W północnej, dalekiej Norwegii cały transport opiera się na samolotach. Jest to logiczne przy tak rozwiniętej linii brzegowej, fiordach i nieprzejezdnych, zaśnieżonych drogach. Dowiedzieliśmy się o tym dość dotkliwie czekając na części. Samoloty nie zawsze dają radę wylądować na równych klepiskach pokrytych śniegiem i wówczas transport się opóźnia. Nie podobało nam się to, ponieważ część, którą zamówiliśmy służyła do uruchomienia ogrzewania. Przy minus 20-30 stopniach ogrzewanie naprawdę jest istotne. Bo ile dni można spędzić w barze?

Jacht stojący w porcie próbowaliśmy utrzymać nie zamarznięty dzięki elektrycznym dmuchawom. Instalacje były nam za to bardzo wdzięczne, ale my woleliśmy się ukrywać w miejscach mocniej ogrzewanych. Pływalnie, obowiązkowo z saunami to prawdziwy raj. Szokiem jest konieczność wyjścia na zewnątrz. Kina mają cały repertuar po angielsku, niekiedy z norweskimi napisami. Dzięki specjalnym ustawom rząd dba by każdy mieszkaniec mówił po angielsku równie dobrze, jak w języku ojczystym.

Jedzenie z racji ostrego klimatu jest zawiesiste, pożywne i bardzo smaczne. Je się długo i dużo, nikt nie spieszy się z wychodzeniem. Dominują tu suszone grzyby, marynowane warzywa, zioła, cebula sztokfisze i dużo mięsa. Moją ulubioną zupą był gulasz z renifera, tak gęsty, że trudno go nazwać zupą. Niewielkie bitki smakowitego mięsa w gęstym sosie z grzybami. Podawane z chlebem - i tu spotkało nas prawdziwe zaskoczenie, że chleb w północnej Norwegii jest naprawdę smaczny! Żytni, chrupiący, prawdziwy chleb, a nie piankowa bułka pełna e-ulepszaczy.

Na jachcie jedliśmy liofilizaty, czyli gotowe posiłki wymagające wyłącznie lekkiego przyprawiania i sporej ilości wrzątku. Uzupełnialiśmy „dietę” pizzą, zapiekankami, tłuszczem, słodyczami i kawą. Mieliśmy ekspres przelewowy, który działał na okrągło. Na każdą wachtę szykowaliśmy po dwa termosy mocnej kawy słodzonej miodem. Trudno powiedzieć jak bez kawy udałoby się nam funkcjonować w tych ciemnościach. Trzymaliśmy się nieźle - dobry humor, słodycze, magnez, sporo aktywności, jaką zapewnia nam jacht i satysfakcja z min Norwegów, którzy twierdzą, że od września już się w tych rejonach w ogóle nie pływa.

Przekroczenie koła podbiegunowego zbliżało się wielkimi krokami. Silny sztorm nie pozwolił nam przekroczyć magicznej linii 660 33’ 39” N i schowaliśmy się na wyspie Traena. Podejście było bardzo wąskie, a duża fala i zalepiający gogle śnieg nie pomagały w wypatrywaniu malutkich świateł nawigacyjnych. Trzeba było płynąć szybko by zminimalizować dryf, głębokościomierz wariował, a świateł nie było widać. Szkwały schodzące ze stromych brzegów wyspy raz po raz kładły 17 tonowy jacht na burcie. W końcu wpłynęliśmy w kanał między wyspami i woda się uspokoiła. Zacumowaliśmy przy rybackiej kei i padliśmy wykończeni. Rano wyspa okazała się wyjątkowo śliczna i przyjazna. Znajduje się tam obserwatorium NASA i fabryka rybna. Pośród 400 mieszkańców wyspy oczywiście są także Polacy! Przy porcie stoi pomnik koła podbiegunowego. Przeprowadziliśmy tam drobne naprawy, sprawdzenie sprzętu, odśnieżanie i odkuwanie lodu, i dalej w drogę.

Przecięcie koła podbiegunowego to był wielki dzień. Byłam z tego faktu szalenie dumna. Nie ma tam przerywanej linii jak na mapie, więc my postanowiliśmy ją nanieść. Użyliśmy w tym celu ekologicznego papieru toaletowego, który rozpostarliśmy na powierzchni wody wzdłuż naszej linii. Nasza ekologiczna granica nie była jednak zbyt trwała. Wniosek jaki wyciągnęliśmy? Nie dzielić. Od tego momentu metr za metrem, kabel za kablem na Północ robiło się coraz trudniej i ciemniej. Wypełnialiśmy dziennik coraz to większymi szerokościami geograficznymi i pukaliśmy się po głowach– „cóż my do cholery robimy w tych mroźnych ciemnościach?”

Bajeczne Lofoty, które znaliśmy jedynie z fotografii, jako zielone, urocze fiordy o tej porze roku okazały się nie być zbyt przyjazne. Niesamowicie silne prądy i wiry nie pozwalały odejść od steru. W locjach są wyszczególnione miejsca, gdzie można się spodziewać, że przy dużych obrotach silnika i maksymalnym wychyleniu steru „Lofot” wciąż ciągnie na skały. Problem polega na tym, że tych miejsc jest niesłychanie wiele. Wąskie fiordy pełne przejmującej ciszy i odbijającej echem każdy szmer rekompensowały nam wymagającą żeglugę.

W Tromso odwiedziliśmy dwa muzea wypraw polarnych. Wypchane foki, niedźwiedzie i ptaki. Białe dekoracje, skórzana odzież i zdjęcia. Masa archiwalnych materiałów z wypraw w poszukiwaniu przejść północnych i lądów pod lodem Arktyki. Dzienniki, zapiski z badań i zdjęcia. Sanie, proste narzędzia, kilka gatunków psów pociągowych i ewolucja odzieży ochronnej. Jedwabne, filcowe i te ze foczych skór. Patrząc na materiały z wypraw Franklina i Amundsena czuliśmy się jak małe, zmarznięte ciumarygi. Narzekaliśmy na drobne odmrożenia i niedogodności, podczas gdy oni 150 lat wcześniej bez gore-tex’owych i karbonowych żagli marzli nie wiedząc, czy kiedykolwiek gdziekolwiek dopłyną. Nasz szacunek, podziw i ogromna fascynacja tym tematem jedynie przybrały na sile. W Tromso niedaleko portu jest też pub, ogrzewany, w stylowej piwnicy pod spichlerzami, z wifi i wypchanym niedźwiedziem brunatnym. Spędzaliśmy tam wieczory za każdym razem będąc ostatnimi klientami przed zamknięciem. Kroku dotrzymywali nam jedynie (dużych właściwie my im) marynarze z dużych statków transportowych i badawczych, którzy nie mogli się nadziwić, że chcemy płynąć dalej na Północ.

Dobrze osłonięty port to także Hammerfest - pierwsze miasto stale oświetlone elektrycznymi latarniami już pod koniec XIX wieku. Całą gminę zamieszkuje ok. 10 tyś. mieszkańców, co jak na Norwegię stanowi całkiem duże miasto. Tutaj czekamy na ostateczne potwierdzenie daty wejścia do Murmańska i dobrą pogodę. Wypływamy nocą, niewiele różniącą się od dnia by dokładnie za 1,5 doby przyjąć na pokład pilota. Mijając posępną, wysoką skałę Nordkapp’u pojawiła się jeszcze jedna zorza polarna. Widujemy je od miesiąca i wciąż zapierają nam dech w piersiach. Są niepowtarzalne i gdzieś tam w serduszku wiemy, że to takie dobre znaki i nagrody za cały ten trud. Nie bez powodu Norwegowie postrzegali zorze polarne jako dobre duchy.

Kiedy mijaliśmy Nordkapp wiatr stał się silniejszy, halsy wcale nie wychodziły korzystnie przy dużej fali, ale o umówionym czasie osiągnęliśmy punkt, w którym mieliśmy przekroczyć granicę. Płynęliśmy dalej w kierunku latarni morskiej Set’navolok. Stacja pilotów nie odpowiadała na pytania po angielsku, ale ciągle byliśmy w kontakcie telefonicznym z naszym rosyjskim agentem. Nagle padło hasło akwen zamknięty - ćwiczenia wojskowe, a my śpiący, wywirowani jak po kąpieli w pralce automatycznej, musieliśmy czekać kilkanaście godzin. Zakotwiczyliśmy w pobliżu latarni oczekując na dalsze instrukcje. Oczywiście ogrzewanie dostarczało nam atrakcji, gdyż znów trzeba było namawiać silniczek pompy do pracy. Przy -26'C na naprawienie pompy mieliśmy około pół godziny, potem nawet jeśli pompa byłaby sprawna to i tak nic by to nie dało, bo płyn w instalacji zamarzłby na kość. Na kotwicowisku było dość niespokojnie, wiał silny wiatr, padał śnieg z gradem. Udało się coś zjeść i wziąć prysznic. Gdy nadeszła pora podnieść kotwicę i jechać po pilota, okazało się, że zamarzł nam silnik windy kotwicznej. Na początku podnosiliśmy go na korbie w sztormiakach, później w pojedynczych polarach, pod koniec tego 50-cio metrowego łańcucha korbowaliśmy już w samej bieliźnie. Pilot oburzony naszym spóźnieniem ze zdziwioną miną  patrzył na nasze stroje - „Ci Polacy to jednak wariaci”. Płynęliśmy według wskazówek pilota w głąb zatoki Kolskiej. Obowiązuje tam zakaz fotografowania, rozglądania się i zbaczania z trasy. Wciąż meldowaliśmy się kolejnym punktom kontrolnym i po 4 godzinach zacumowaliśmy przy nabrzeżu węglowym. Potrzebna była wysoka drabina, by wpuścić na pokład celników. Wizy, pozwolenia na żeglugę, pieczątki, formularze i kopiowanie - nie trwało to więcej niż pół godziny. Wieczór spędziliśmy tak, jak należy się to zdobywcom zimowego Murmańska - w mieście!

Metropolia Murmańsk, bo takie wrażenie robi to ogromne miasto, jest pełna centrów handlowych, oświetlonych neonami ulic, jasnych ekspozycji sklepów, zakładów usługowych i restauracji. Jedzenie jeszcze lepsze niż w Norwegii i masa ludzi. Miasto, mimo, że prawie całą dobę bez słońca, nie śpi nigdy. Gdzie się coś dzieje, można zorientować się po rojach taksówek, czasem stacjonujących pod centrami handlowymi, a czasem pod klubami muzycznymi. Poznawanie uroków miasta pod opieką agenta to nie to samo co samodzielne eksplorowanie, ale i tak byliśmy całkowicie zaskoczeni. Zamiast dzikiej Rosji i niedźwiedziego mięsa wylądowaliśmy w centrum fantastycznego miasta. Powrót na jacht to nic łatwego, gdyż za bramy portu nie mogą wjeżdżać taksówki, a na jacht mieliśmy jeszcze 1,5 kilometra w przenikliwym mrozie. Żeby nie było za łatwo to przy odpływie jacht znajdował się 7 metrów poniżej betonowego nabrzeża. By się dostać na pokład korzystaliśmy z krzesełka bosmańskiego i fału. Naprawa alternatora miała w sobie coś z PRL-owskiego kabaretu. Niesprawną część zawiniętą w ścierkę przemycaliśmy na teren zakładów komunikacji miejskiej, do zajezdni autobusów. Tam za równowartość flaszki pan mechanik przezwoił alternator, wstawił regulatory napięcia zdemontowane z autobusu stojącego na kanale i włożył do siatki plastikowej wskazując nam tylne wyjście. Znów biegiem do samochodu i po wykopaniu go z głębokiej zaspy pojechaliśmy na jacht. Alternator nie działał. Agent ponownie pojechał do zakładu i wrócił z innym regulatorem, który nadal nie działał. Jeszcze raz zdemontowaliśmy całość i zakradliśmy się do już oficjalnie nieczynnych zakładów. Dokonaliśmy kilku przeróbek i wróciliśmy na jacht. Jazda ulicami bliska była ślizganiu się po torze saneczkowym. Fani driftingu byliby zachwyceni. Głęboki rozjeżdżony śnieg mieszał się z zerwanymi zderzakami. Ulice są tam szerokie na 4 pasy i ruch jest na nich ogromny. Alternator zadziałał, a my korzystając ze sztormowej pogody i przedłużającego się postoju chcieliśmy wymienić olej w silniku. Oczywiście nie można było go tak po prostu kupić. Ponownie wkradliśmy się do znajomych agenta na stacji paliw dla samochodów zakładowych i wynegocjowaliśmy wartość 6 litrów oleju silnikowego i możliwość dowozu diesla na nabrzeże węglowe. Wszystko się da! Większość panów była oburzona koniecznością rozmawiania z kobietą o pieniądzach, więc większość rozmów prowadził agent. Po kilku dniach roztaczania tak wszechstronnej pomocy i czułej opieki nade mną był oburzony, że nie chce go poślubić. Rola kobiet, tematy polityczne i pytania o przygnębiającą pogodę należy tutaj przemilczeć. Do wielu rzeczy trzeba podejść z otwartością i dystansem. Po kilku dniach dotychczasowa załoga wróciła do domu. Zostałam sama w towarzystwie agentów.

12 listopada do Murmańska przyleciała nowa załoga w składzie – Krzysztof Ważny i Grzegorz Lizik- z którą zamierzaliśmy żeglować z powrotem na Południe. Historia z alternatorem jednak znów się powtórzyła, więc nasz pobyt w Murmańsku, ku uciesze chłopaków, którzy tym samym również zdążyli poznać uroki miasta, przedłużał się.

Wreszcie 17 listopada zaopatrzeni w sprawny alternator oraz w dodatkowy generator przygotowywaliśmy się już bezpośrednio do wypłynięcia. Ponownie odprawa paszportowa i piętrzące się formalności trwały kilka godzin. Samo odejście od nabrzeża, gdzie prądy morskie były wyjątkowo silne, było nielada wyczynem. Silnik na wysokich obrotach, specjalnie wydłużony szpring oraz Krzyś, Grześ wraz z rosyjskimi celnikami odpychający ze wszystkich sił jacht od nabrzeża za pomocą znalezionych na nabrzeżu drewnianych belek – to wszystko stworzyło trwający zaledwie kilka sekund moment, który musieliśmy wykorzystać na odejście. I wykorzystaliśmy. Na pokładzie został z nami jeszcze pilot, który podawał precyzyjny, niczym dla dużego statku, kurs, który powinniśmy trzymać oraz co chwilę przypominał o zakazie fotografowania, zapewne z racji bliskości bazy atomowych podwodnych okrętów wojennych,  koło której przepływaliśmy w odległości zaledwie paru kabli. Cóż, zakaz fotografowania wyegzekwowała na nas sama natura, która utrzymywała niezbyt korzystne warunki do fotografowania, a mianowicie syberyjskie ciemności nocy polarnej, pełne zachmurzenie nieba oraz, co najbardziej dawało się we znaki, około 30-stopniowy mróz, który biorąc pod uwagę wypadkową wiatru rzeczywistego oraz naszego własnego (a więc wiatr pozorny tzn. ten, który my odczuwaliśmy na poruszającym się jachcie), my odczuwaliśmy jako ponad 40 stopniowy mróz (mowa nadal o stopniach Celsjusza!). Po przepłynięciu kilkunastu Mm podpłynął do nas statek służby brzegowej i zabrał pilot zabrał pilota do siebie. Ten manewr też nie był prosty, z uwagi na silny wiatr, dość wysoką falę oraz śliskie pokłady obu statków.

Po wypłynięciu z fiordu zameldowaliśmy się do jeszcze jednego punktu kontrolnego i pożeglowaliśmy przez Morze Barentsa w kierunku północno-wschodniego wybrzeża Norwegii. Na parę godzin zatrzymaliśmy się w Vardo, które jest najbardziej wysuniętym na północny-wschód norweskim miastem. Dalej minęliśmy Nordkapp, czyli Przylądek Północny, który wbrew powszechnej świadomości nie jest najbardziej na Północ wysuniętym punktem Europy. Otóż, jest nim, znajdujący się o kilka mil morskich na Zachód od Nordkapp’u, przylądek Knivskjellodden. Oba te przylądki znajdują się na wyspie Magerøya, a Knivskjellodden jest o 1,2 km bardziej wysunięty na północ niż Nordkapp, jednak ze względu na to, że jest dosyć płaski i topograficznie mniej interesujący, to Nordkapp jest turystycznym celem wielu sympatyków Północy.

Oczarowani północnym skrajem Europy, postanowiliśmy zawinąć do Hammerfestu. Całkowicie szczerze musimy dodać, że surowa aura Morza Barentsa, która dała nam się nieco we znaki, sprawiła, że subtelnie rozmarzyliśmy się, każdy z osobna i wszyscy we troje, o dobrym ciepłym posiłku i lokalnym piwie, które moglibyśmy uskutecznić w pobliskim porcie. Długo się nie namyślając obraliśmy kurs na Hammerfest. Droga do portu była jednak „wyboista”. Jedna z fal w tak niefortunny sposób uderzyła o dziób jachtu, że kotwica wraz z 50-metrowym łańcuchem poszła na dno. Hammerfest mieliśmy w zasięgu wzroku. Oczami wyobraźni widzieliśmy już tę smaczną pizzę, którą zamierzaliśmy się delektować, a tu, z uwagi na awarię windy kotwicznej, trzeba było przez ponad dwie godziny wybierać łańcuch kotwiczny ręcznie, oczywiście używając kabestanów i systemu lin. Rozgrzani siłowym rozwiązaniem problemu, wpłynęliśmy do portu w jednej, może dwóch warstwach ubrania. Norwegowie patrzyli na nas z niedowierzaniem. Właściwie patrzyli tak na nas w każdym kolejnym norweskim porcie, a więc w Bodo, Maloy i Stavanger, nie mogąc uwierzyć, że w ogóle pływamy tam o tej porze roku, a że jesteśmy przybyszami z dalekiej Północy, to już w ogóle.

W Maloy mieliśmy awarię samosteru, którą udało się wyeliminować w ciągu 3 dni. W tym czasie intensywnie poławialiśmy makrele z pokładu naszego jachtu i to bez żadnej przynęty. Najlepszy wynik to 10 makreli w ciągu 10 minut lub 4 za jednym zarzuceniem, jak kto woli. Po usunięciu awarii ruszyliśmy dalej na Południe.

W Stavanger, gdzie dotarliśmy na początku grudnia, czekaliśmy na korzystne okno pogodowe przed wyjściem na Morze Północne, a także próbowaliśmy dojść do ładu z systemem AIS, który pokazuje nam na ekranie radaru oraz plotera pozycje geograficzne innych statków, ich kursy, tendencje skrętne, których jeszcze nie widać gołym okiem, prędkość tych jednostek, tonaż, a nawet ich nazwę. My również dzięki AIS’owi jesteśmy widoczni na ekranach tych statków. Bardzo przydatne urządzenie. W Stavanger spędziliśmy również bardzo przyjemny mikołajkowy wieczór. Wszelkie świąteczne dni na morzu mają szczególną aurę. Zaobserwowaliśmy również statek, który przypłynął któregoś dnia ze świątecznymi choinkami na pokładzie. Choinki rozładowano i ustawiono w kilku rzędach na nabrzeżu. Upojeni do tej pory zapachem morza, delektowaliśmy się intensywnym zapachem lasu. Tam, gdzie drogą lądową i powietrzną nie zawsze można dotrzeć, okazuje się, że statek z tak nietypowym ładunkiem, jest najpewniejszym środkiem transportu.

Następnego dnia wypłynęliśmy na Morze Północne. W baksztagowym bardzo silnym wietrze oraz sztormie w rekordowym tempie dopłynęliśmy do Kanału Angielskiego, który przepłynęliśmy przy nadal bardzo korzystnym, aczkolwiek słabnącym wietrze.

Po paru dniach zawitaliśmy do Camaret-Sur-Mer, uroczego francuskiego miasteczka niedaleko Brestu w celu uzupełnienia zapasów wody pitnej oraz jedzenia. We Francji było już nam wyjątkowo ciepło. W pamięci mieliśmy kilku dziesięciostopniowe mrozy, więc Francja była dla nas skokiem w niezwykle ciepłą strefę.

Po kilkunastogodzinnym pobycie w Camaret-Sur-Mer obraliśmy kurs na Południe. Zatokę Biskajską przecięliśmy przy bardzo słabym wietrze, zwłaszcza jak na tę porę roku. Owiane żeglarskimi legendami Biskaje, tym razem, kojarzą nam się z wielkim jeziorem. Po 3 dobach wyłonił się nam Półwysep Iberyjski. Zdecydowaliśmy się, że docelowo jacht doprowadzimy do Porto. Dotarliśmy tam 21 grudnia 2010 roku. Zrobiliśmy generalny klar oraz przygotowaliśmy jacht do dłuższego postoju w ciepłym porcie. Kiedy pracowaliśmy na jachcie w krótkich rękawkach, tym razem Portugalczycy, opatuleni w zimowe kurtki przyglądali się nam kręcąc głowami jak możemy wytrzymać w ten sposób i to z pełnym uśmiechami na twarzy przy zatrważającej temperaturze + 9 stopni Celsjusza! Podekscytowani zabrali nas na nocne zwiedzanie Porto i doświadczanie niebanalnych uroków tego miasta, przedstawiając nas w ciągu jednej nocy dziesiątkom swoich znajomych, zaczynając zdaniem brzmiącym w wolnym tłumaczeniu mniej więcej następująco: „Patrzcie, to ci Polacy z Murmańska!”.

23 grudnia 2010 roku wróciliśmy do Polski. Nasz rejs trwał w sumie 91 dni. Pokonaliśmy łącznie ponad 5500 tysiąca mil morskich z przystankami w 4 krajach;  Rosji, Norwegii, Francji i Portugalii. Trasa rejsu prowadziła z Francji przez Zatokę Biskajską, Kanał la Manche, Morze Północne, Morze Norweskie i Barentsa oraz z powrotem w odwrotnej kolejności dodając Atlantyk u wybrzeży Półwyspu Iberyjskiego. W czasie rejsu dominowało okrutne, przenikliwe zimno, przeważające sztormowe warunki atmosferyczne, a mimo to rejs przebiegał bardzo sprawnie. Te ekstremalne warunki oraz oblodzenie żagli, takielunku i pokładu wymagały niezwykle dużej sprawności fizycznej i psychicznej od załogi. Udało się! Teraz ze zwielokrotnioną energią snujemy kolejne morskie plany podboju rejonów Arktyki.

 

{gallery}2010{/gallery}

 

Kilka rad na koniec:

  • Nie wierz nikomu, kto mówi, że się nie da.
  • Dni w największym mrozem wykorzystaj na robienie tiramisu - chłodzenie kolejnych warstw na pokładzie trwa 30 minut, a nie kilka godzin- tak jak w lodówce.
  • Wódkę zabieraj z pokładu zanim popęka butelka. Uśmiechaj się do ludzi i dużo z nimi rozmawiaj.
  • Fascynuj się, hoduj nowe marzenie i sięgaj po nie nawet, jeśli strasznie przy tym zmarzniesz.
  • Pakuj worek i... w drogę!

 

.

 
means
means
means
means